Archiwum
Kategorie
Psia Kupka - Odsłona Czwarta: Kupka Kontratakuje
19 czerwca 2007 (19:39:49)
kategoria: Antypsiarnia |
"Sąsiedzi, sąsiedzi, sąsiedzi, jak bardzo, bardzo kocham Was..." Śpiewał swego czasu zespół Big Cyc. Ja też mam dzisiaj ochotę tak zaśpiewać, bo co innego mi zostaje? Człowiekowi opadają ręce i szczęka nad ludzkim chamstwem, kiedy otwiera drzwi i widzi, że ktoś sobie dokładnie powycierał psią kupę z buta o jego wycieraczkę. Czy to w ogóle da się jakoś sensownie skomentować? Mam ochotę zabrać wycieraczkę i wręczyć ją dzieciom (na oko 16lat) mojej sąsiadki. Bo trudno się nie domyślić KTO lub CZYJ gość był tak "miły", kiedy się mieszka na ostatnim piętrze i na końcu korytarza. Nie przypuszczam, żeby sąsiadom z dołu chciało się takie wycieczki na samą górę robić. Zwłaszcza, że normą stało się znajdowanie słonecznika, petów, pestek ze śliwek, papierków itp atrakcji, po każdym posiedzeniu młodzieży na korytarzu (ciekawe, czy nie przyjmują gości w domu, żeby im nie naśmiecili, czy sami mają tak brudno, że się wstydzą?). Tak czy siak, nawet jeśli ktoś kocha pławić się w szambie po samą brodę, to nie znaczy, że inni też. Ale co mogę zrobić? Nic. Nie złapałam nikogo na gorącym uczynku. Nie można też oczekiwać, że się ktoś przyzna. I jedyne co człowiek zwojuje, to to, że koniec końców sam wyjdzie na głupka. Bezsilność dobija. Kamerę zamontować? To byłoby śmieszne. W końcu z sąsiadami trzeba jakoś żyć. Ech... szkoda gadać. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że Polska to jedno wielkie szambo. Otacza nas chamstwo, znieczulica i nadmiernie wybujałe ega. Kto może niech ucieka, kto się łudzi, że g**** pachnie fiołkami, niech się dobrze rozejrzy, a jak potrzebuje wskazówek, bo nadal ma różowe okulary, niech poczyta całą "Antypsiarnię". Społeczeństwo tonie w szambie, polityka grzęźnie w bagnie. Pozdrawiam.
Na siłę można być optymistą
15 maja 2007 (08:19:37)
kategoria: Antypsiarnia |
Ktoś mi ostatnio zarzucił, że nie piszę nic optymistycznego. Opiszę więc nasz wczorajszy spacer i zaraz powieje optymizmem. Piękna pogoda, grzechem byłoby siedzieć w domu. Zabraliśmy córeczkę i idziemy do centrum "wsi" na lody ;). Wychodzimy z mieszkania i już na schodach wita nas smród papierosów. Jesteśmy wyrozumiali i nastawieni pozytywnie, przecież przy takim upale nie można palić na podwórku, trzeba na klatce. Idziemy dalej, a tu w skrzynce śliczne awizo na list polecony leży. Czekam na ten list od pewnego czasu, więc cieszę się ogromnie, zwłaszcza widząc datę awiza - byliśmy wtedy w domu, ale po raz kolejny pani listonoszce nie chciało się wejść na górę, żeby go doręczyć. Łatwiej napisać, że nikogo nie zastało się w domu. Zabawne, że ilekroć przychodzi list do imć pana Ś., który w mieszkaniu naszym nie zamieszkuje i dawno został sądownie wymeldowany, zawsze chce się go pani na 4 piętro wnosić. Złośliwość losu jakaś czy co? Ale... niech tam stracę, szanujmy nogi listonoszy, wszak w każdej chwili muszą być gotowi do ucieczki przed pupilkami niemądrych właścicieli, którzy mimo, że mają groźnego psa biegającego luzem po podwórku, montują skrzynkę na listy nie na furtce, a na drzwiach domu...
Idąc dalej, wyrzucamy śmieci do, jak zwykle, przepełnionego kontenera. Nic to, że śmieci jedną stroną wrzucasz, a inną wypadają. Może na całe osiedle, jeden śmietnik to niewiele, ale za to jaka oszczędność! No i rację trzeba administracji przyznać, że się starają. Ostatnio dostawili nam jeszcze jakiś mały śmieszny kubełek, który sprawy nie rozwiązuję, ale pokazuję, że chęci mają dobre. Poza tym, zawsze można śmieci wyrzucić na klatce schodowej, daleko nie trzeba nosić, a i pieski okoliczne mają niesamowita atrakcję. To też się u nas widuje - że o opróżnianiu bagażnika samochodu w najbliższym otoczeniu garażu, nie wspomnę. Znów optymizmem powieje, wszak zostawienie samochodu na chodzie, żeby wyrzucić śmieci (każdy jadąc mija śmietnik) to: a) nadmierna emisja spalin do atmosfery, b) zużycie benzyny większe, c) strata jakże cennego czasu pana kierowcy, d) w ogóle bezsens totalny, bo kto to widział śmietniki na osiedlach ustawiać.
Opuszczając mistyczną okolicę tego, nie mieszczącego się w wielu głowach cudu cywilizacji, idziemy w stronę rozwidlenia dróg. Tam widząc nadjeżdżający samochód zatrzymujemy się, żeby go przepuścić. No i stoimy jak te pacany tylko dlatego, że panu ciężko jest kierunkowskaz na skrzyżowaniu włączyć i dać znać, że skręca w inną ulicę...
Eeeeech... I pomyśleć, że nie uszliśmy jeszcze nawet 500 metrów od domu...
No, ale miało być optymistycznie i będzie. W ciągu całego, długiego spaceru, ani razu nie wdepnęłam w psią kupkę! Szok, sukces, szczęście niepomierne i niebywałe zdumienie!
I tym, jakże optymistycznym akcentem, kończę dzisiejsze przemyślenia...
Nie Ma To Jak Kulturalne "Przepraszam"...
01 maja 2007 (08:58:25)
kategoria: Antypsiarnia |
Jadę sobie wczoraj z dzieckiem przegubowym Ikarusem - napchanym do niemożliwości, boć to przecież długi weekend i wszystko kursuje jak w niedzielę (tylko ludzie nie wiedzieć czemu do roboty jadą :/) - wózek stoi we wnęce dla wózków jak powinien, ja za nim. Na miejscu zaraz za wózkami, siedzi sobie chłopak, bokiem i rozmawia z osobą siedzącą na miejscu następnym. Jak pisałam, siedzi bokiem, więc ja się opieram o rurkę oddzielającą jego miejsce od miejsca dla wózków. Tak mi wygodnie, bo muszę się czego trzymać no i pilnować, żeby wózek nie odjechał. Nikomu to nie przeszkadza, ogólnie jest OK. Na którymś przystanku wsiadła pani z kilkuletnim dzieckiem i całą masą toreb i reklamówek. Chłopak zrobił jej miejsce, czego byłam zupełnie nieświadoma stojąc tyłem do całej sytuacji. Pani trochę obszerna, pakunki jeszcze bardziej, do tego dziecko, więc nic dziwnego, że odrobinę kobiecie zawadzałam. No i w porządku. Tylko, że kulturalny człowiek przeprosi, zwróci uwagę, że mu człowiek przeszkadza, poprosi, żeby się przesunąć. A pani... A pani rąbnęła mnie z całej siły w plecy, sycząc przez zęby z wielką złością "przepraszam". Jakby nie stał przede mną wózek, to mur beton, zęby mam wybite o jakąś rurkę z przodu, tak mocno mnie popchnęła. Oczywiście cofnęłam się bez słowa, idiotka. Powinnam była równie uprzejmie się odwrócić, równie delikatnie panią "klepnąć" i powiedzieć "Nie ma za co, nie bolało"... Ach ta słynna polska kultura...
O pomnikach natury oglądanych codziennie
27 kwietnia 2007 (14:27:25)
kategoria: Antypsiarnia |
Wiosna nastawia człowieka pozytywnie, podnosi na duchu, rozsadza wręcz płuca rześkim, pachnącym kwitnącymi drzewami powietrzem. Jakiś przymus gna nas na słońce, na łąki, do lasów. Wręcz czujemy niewidoczne ręce wiosny wypychające nas za próg domu. No i kiedy już damy się wypchnąć na świeże powietrze, na łono natury, to zaczynają się klocki. Bo gdzie byś nie spojrzał to pełno pomników. Fakt, Polska słynie pomnikami. Ale bynajmniej nie o działaczy i bohaterów chodzi. Mnie się rozchodzi raczej o te pomniki przyrody, które się dziełem rąk nas wszystkich. Ostatnio nachodzi mnie potrzeba, przymus wręcz, żeby te pomniki fotografować i wszystkim pokazać. Po co? Hmmm, chyba w głębi duszy, łudzę się nadzieją, że inni takich nie mają i ta nasza "duma" nie uprzykrza im widoku otoczenia i cieszenia się pięknem przyrody. Czemu fotografia wiosenna? Może dla kontrastu, bo choć zimą znacznie lepiej się prezentuje, zwłaszcza jak śniegu nie ma, to jednak wiosną, hmmm... bardziej malowniczo to wszystko wygląda. Wspaniała panorama widziana z balkonu. I to człowiek człowiekowi zgotował ten widok...

O "Łonie Natury" nieco przybrudzonym...
13 marca 2007 (22:01:38)
kategoria: Antypsiarnia |
Wiosna, wiosna, wiosna! Słoneczko przygrzewa, ptaszki śpiewają, aż chce się żyć. Serce się raduje, a nogi same niosą na łono natury. Tylko że to łono, nieco hmmm, jakby to rzec, nieświeże. Widocznie natura o higienę nie dba. Wychodzisz przed dom, wciągasz rześkie, wiosenne powietrze do płuc, robisz pierwszy krok...I bęc. Stoisz w psich odchodach. Ale co tam! Wiosna jest, więc się nie zrażasz. Czyścisz grzecznie bucik o świeżą młodą trawkę, tudzież patyczkiem kupkę z bucika zdrapujesz i mykasz dalej. Rozglądasz się po okolicy szukając pierwszych oznak budzącego się życia. O! Proszę. Na trawniczku, gdzie nieśmiało trawka wychyla zielone łebki listków spod radośnie rozrzuconych papierków, coś pięknie błyszczy. Podchodzisz, patrzysz...Z zachwytu dech ci zapiera. Świeżutki, nieruszony jeszcze korozją kapselek od piwa. Z ciekawością przypatrujesz się uważnie, jaki to rzadki gatunek ci się trafił. Jakaż to butelka, odrzuciła go jak wąż wylinkę? Rozglądasz się uważnie...i nagle jest! Nieśmiało wyciąga smukłą szyję spod osiedlowej ławeczki. Niestety, okaz jest już martwy. Ktoś piwko wypił, łebek butelczynie utrącił, szkło wrzucił do piaskownicy...A taki piękny kubeł na śmieci się na osiedlu marnuje. VIPowski, tylko na szkło. Cóż, ta butelka już nie pojedzie do huty . Prędzej na pogotowie, kiedy jakieś dziecko się skaleczy znalezionym w piasku szkiełkiem.
Idziesz sobie dalej. Przy garażach ożywiona krzątanina. Piękna pogoda, kierowcy pucują swoje ukochane autka, porządkują garaże. Przyroda coraz gwałtowniej i szybciej się rozbudza. Tuż za garażami w mgnieniu oka wyrasta, piękna i okazała góra starych opon, plastykowych pojemników po oleju i wszędobylskich papierków. Leżą sobie wszystkie te śmiecie w doskonałej harmonii, niczym pomnik ludzkości postawiony ku czci wiosny. Nie ma co. Piękną mamy w Polsce wiosnę tego roku. Szkoda tylko, że zwyczaj topienia Marzanny zanika. Zamiast niego, toniemy w śmieciach...
Ale ja tylko...czyli krótka rozprawa o Jatylkach
07 marca 2007 (18:55:25)
kategoria: Antypsiarnia |
Wędrując po różnych instytucjach, urzędach czy przychodniach ciągle natykam się na tzw. "Jatylków". Kto to taki? Ano, Jatylko to taka osoba, która nie potrafi jak wszyscy stanąć w kolejce i zaczekać na swoją kolej, ale notorycznie pcha się poza kolejnością argumentując, że on/ona u lekarza TYLKO po receptę, TYLKO po skierowanie, w urzędzie TYLKO zapytać, TYLKO po wniosek, w sklepie TYLKO po jedno masło lub TYLKO przechodzi przez kasę w hipermarkecie, niejako przypadkiem TYLKO kupując papierosy. Jatylki są przebiegłe i niezwykle pomysłowe, acz krótkowzroczne. Jatylki bardzo się śpieszą, Jatylki nie mają czasu, Jatylki mają tysiące argumentów na poparcie swoich "praw", ale Jatylki nie widzą, że inni też się śpieszą, też kupują tylko kostkę masła, czy też potrzebują tylko receptę. Niestety, Nie-Jatylki, czyli my wszyscy pozostali, jesteśmy naiwni i nie tak przebiegli, bądź też pomysłów nam brakuje (a może TYLKO bezczelności i tupetu?). Nieudacznicy życiowi jesteśmy, ot co. W starciu z Jatylkami praktycznie nie mamy szans. I to nie dlatego, że argumenty wysuwane przez przeciwnika są mocne. Po prostu dlatego, że Jatylka nie interesuje, co myślą o takim zachowaniu inni ludzie. Wszak dla Jatylka, JA, TYLKO SIĘ LICZĘ...
Magiczna linia 57
20 stycznia 2007 (12:41:14)
kategoria: Antypsiarnia |
...Autobus niskopodłogowy jak podają w rozkładzie jazdy, nawet o czasie. Miły kierowca, który podjeżdża pod sam krawężnik i jeszcze na dodatek włącza ten nieznany mi z nazwy mechanizm, który powoduje, że autobus się przechyla na jedną stronę. Spokojnie i cywilizowanie, bez kłopotu i wysiłku wjeżdżam dziecinnym wózkiem do środka. Dużo miejsca na wózki, tak że bez problemu na trasie wsiada kolejna osoba z wózkiem. Bez najeżdżania sobie na pięty...
Marzenia...Ach...Chciałoby się tak jeździć, prawda?
No i można! Jeździ sobie na Śląsku magiczna linia 57. Magiczna, bo aż nie do wiary w naszym zwariowanym państwie, że to jest możliwe. Jakie to odmienne od rozpadających się, wiecznie spóźnionych wraków, którymi jeździmy zazwyczaj. Tu wielki mój ukłon do pana kierowcy. Bo chociaż nowoczesnych autobusów przybywa na naszych ulicach, to co komu po tym, jak autobus stanie pół metra od krawężnika? Chcąc nie chcąc trzeba wnieść ten wózek do środka i wynieść, bo nijak wyjechać się nim nie da. No, że nie wspomnę o "dowcipnych" kierowcach, którzy dokładnie lokują otwarte drzwi na wprost latarni czy innego słupa, tak że wysiąść czy wsiąść się nie da w ogóle.
I pomyśleć, że niewiele wysiłku ze strony kierowcy trzeba, żeby życie stało się dla innych dużo prostsze... Szkoda tylko, że mało który kierowca myśli o pasażerach.
I nie można wszystkiego zwalać na niskie płace. Może kierowcy kokosów nie zarabiają, ale i tak więcej niż kasjerka w hipermarkecie, która dostaje wręcz szczękościsku od ciągłego uśmiechania się do klientów za najniższą krajową...
Jaka szkoda, że magia zwana "życzliwością" działa tylko na nielicznych...:(
Po co komu rozkład jazdy?
11 stycznia 2007 (08:17:08)
kategoria: Antypsiarnia |
Ostatnio coraz częściej się zastanawiam, po co wymyślono rozkłady jazdy autobusów? Na co komu coś, co i tak ma się nijak do rzeczywistości? Szkoda ciężkich pieniędzy (nota bene pochodzących z naszych biletów) idących na wydruki, wieszanie, że nie wspomnę o opłaceniu osób, które to opracowują.
Jeździ sobie na trasie, gdzie mieszkam, autobusik linii 14, relacji Zabrze-Bytom. I mimo, że spóźnianie się autobusów nie jest niczym nadzwyczajnym, ten autobus, a właściwie jego kierowcy, biją wszystkich na głowę. Nie dość, że nagminnie się spóźnia, to od pewnego czasu, co gorsza, nagminnie jeździ przed czasem :/. O ile na spóźniający się autobus da się zdążyć, bo człowiek sobie w deszczu czy śniegu (i w wonnościach papierosowego dymu...mniam...) pokornie na przystanku poczeka, to złapać autobus jadący 5 minut przed czasem raczej graniczy z cudem.
Jak tak dalej pójdzie, będzie trzeba na wybrany autobus wychodzić pół godziny wcześniej z domu, aby na wszelki wypadek stać na przystanku już 15 minut przed planowanym odjazdem. Tyle tylko, że wtedy raczej zadziała prawo Murphie'go i autobus akurat się spóźni o 10 minut:/. Inną sprawą jest, że jakbym chciała wychodzić pół godziny wcześniej, to wybrałabym się na inny autobus, a nie na kochaną "niskopodłogową" czternastkę. Podkreślam niskopodłogową , bo fenomen ten istnieje...szkoda, że tylko w rozkładzie jazdy. Ale mnie już to nawet nie denerwuje, że zamiast "jamnika" przyjeżdża przegubowy lub nie "Ikarus":/...I mimo, że kierowca na to akurat nie ma wpływu, czym jeździ, to jednak ma duży wpływ na to jak i kiedy jeździ, prawda? A więc, Panowie Kierowcy! Nie ma to jak rzetelne wykonywanie pracy...
Tępota ludzka nie zna granic...
28 grudnia 2006 (10:49:04)
kategoria: Antypsiarnia |
Czasem przejawy ludzkiej bezmyślności są tak nieprawdopodobne, iż niewiarygodnym się wydaje by tzw."cywilizacja zachodnia" jeszcze istniała :(. Jest Wigilia, popołudnie. Niewielu ludzi o takiej godzinie gdzieś się wybiera, większość pichci kolacyjkę, pakuje prezenty itp. Na przystanku autobusowym stoi w sumie 5 osób, ja z mężem i dzieckiem (w wózku), jakaś kobitka i facecik. Nic dziwnego. Dziwne wydaje się dopiero zachowanie zarówno kobitki jak i faceta( nie jechali razem) przy wsiadaniu do autobusu. Oczywiście oboje, zgodnie, choć bez umawiania się, wsiedli i ulokowali się wygodnie...we wnęce na wózki. Ech... A jakie zdziwienie i wręcz pretensja w głosie, jak przeprosiłam faceta, żeby się cofnął, bo chcę wózek jakoś po ludzku w tym autobusie postawić. Dziwne jeszcze to, że w autobusie pełno wolnych miejsc siedzących i w ogóle można stanąć gdziekolwiek. Naprawdę nie rozumiem, czemu to "gdziekolwiek" musi być akurat tam, gdzie miejsce na wózek? Pani, która także uznała wnękę na wózki, za najbardziej atrakcyjne miejsce na świecie, nie widziała jakoś powodu, żeby sie cofnąć. Za to przyglądała się z zainteresowaniem moim manewrom wózkiem, kiedy próbowałam ulokować go równolegle do kierunku jazdy. A było to, po pierwsze, istotne dla innych pasażerów, bo nie zawadzał na drodze do wyjścia, a po drugie niezwykle istotne dla bezpieczeństwa dziecka, bo kierowca trochę...hmmm... śpieszył się na kolację, wiec trzeba było dobrze i mocno się trzymać, żeby po autobusie nie "fruwać". Dodam, że wózek, jako duża, bezwładna bryła na kołach, jest szalenie podatny na to "fruwanie".
Innym razem, wsiadając do autobusu, musiałam przejechać synkowi po nodze wózkiem, bo na "przepraszam" zareagował jedynie wciągnięciem brzucha(!), a wózek nie dał się niestety ścisnąć, żeby się zmieścić między rurką pośrodku podłogi(nigdy nie mogłam zrozumieć po co ona w tym miejscu?!), a facetem. Ech...Czemu ludziom trzeba wszystko łopatologicznie tłumaczyć, bo sami z siebie niczego wykrzesać nie umieją?
Jeśli chodzi o cywilizację i w ogóle gatunek ludzki, to przetrwanie zawdzięczamy chyba tylko temu, że do rozmnażania to nam akurat rozsądek i inteligencja nie są potrzebna... Gdyby liczyć na powyższe, dawno byśmy wyginęli...Ech...
Psia kupka: Odsłona trzecia
11 grudnia 2006 (13:54:03)
kategoria: Antypsiarnia |
Jak się ma psia kupka do szpitala? Zdawałoby się, że nijak. A jednak... Wyobraźmy sobie, duży, nowoczesny szpital w centrum miasta. Wokół parkingi, chodniki, trawniki. Nic dziwnego w tym nie ma, prawda? No to wyobraźmy sobie jeszcze pieski i ich panów na tych parkingach, chodnikach i trawnikach. Wyobraźmy sobie również innych ludzi (bo przecież ten szpital na Ziemi jest, nie na Księżycu), którzy śpieszą przez wyżej wymienione parkingi i chodniki do szpitala, a to odwiedzić bliskich, a to z własnymi dolegliwościami. Kto ma bujną wyobraźnię, już z pewnością załapał, o co mi chodzi, a kto takowej nie ma, temu zadać mogę zagadkę: Ile psich kupek wniosą ludzie do szpitala na swoich butach? Ile zarazków dzięki temu znajdzie się w miejscach, gdzie absolutnie nie powinno ich być? I niech nikt mi nie wmawia, że foliowe worki ochronne na buty jedno- (czytaj: wielo-) razowego użytku, poprzecierane i porozrywane zapobiegną pozostawieniu kupki wraz z całym bakteryjno-grzybicznym towarzystwem na szpitalnej podłodze. Podziękujmy właścicielom piesków, za ich troskę, aby chorzy mieli w szpitalu "odpowiednie" towarzystwo...
Psia kupka: odsłona druga
26 listopada 2006 (12:12:08)
kategoria: Antypsiarnia |
Uff! Wróciłam po trzech tygodniach ze szpitala i na dzień dobry skakałam przez psią kupę na schodach. Ech, rozbestwi się człowiek w takim szpitalu i potem do rzeczywistości nie umie się przystosować:(. A niby czemu mnie to dziwi? Przecież dużo łatwiej otworzyć pieskowi drzwi mieszkania i go wypuścić na klatkę schodową z naiwną nadzieją (lub w ogóle bez zastanowienia), że ktoś mu tam na dole drzwi na zewnątrz otworzy. A jak nie otworzy? No cóż... Sąsiedzi kupkę "sprzątną", czyli dokładniej, rozdepczą i na butach do mieszkań rozniosą. A co. Ważne, że właściciel pieska się nie namęczy chodząc po schodach, a i piesek będzie zadowolony, bo załatwi "pilną sprawę".
Zdawać by się komuś mogło, że to odosobniony przypadek i że każdemu zdarzyć się może. Może i tak, tylko że po pierwsze, to nie był pierwszy raz tylko niezliczony kolejny raz, a druga sprawa, że jak się wypadek zdarzy i piesek nie zdąży, to z łaski swojej wypadałoby posprzątać po pupilu, prawda?
Wiem, że ciągle zrzędzę i narzekam, ale zastanawiam się jak mam z czwartego piętra znieść dziecinny wózek i równocześnie uprawiać slalom gigant pomiędzy psimi niespodziankami? Samo wdepnięcie w kupkę to i tak najmniejszy problem. A co, jak się poślizgnę na takiej świeżutkiej i pachnącej, i zlecę na łeb na szyję z tych schodów razem z wózkiem i dzieckiem na dokładkę? Brrrr, aż strach pomyśleć.
Tak, tak. Wiem, że mam bujną wyobraźnię, za to niektórzy ludzie nie mają jej niestety wcale... :(
Dewotyzm czy zwykła bezmyślność?
25 października 2006 (16:53:47)
kategoria: Antypsiarnia |
"Cokolwiek uczyniliście najmniejszemu z małych, mnieście
uczynili...". Wyobraźmy sobie zatłoczony autobus. Tłum ludzi
stoi, nieliczni szczęśliwcy siedzą. Norma. Nagle zwalnia się
miejsce, które szybko zajmuje zadowolona z życia nastolatka,
szczęśliwa, że podsiadła miejsce starszej pani, dziadkowi z laską,
czy ciężąrnej kobiecie. Znów norma. Ale jak ma się do tego,
czyniony przez nią chwilę później nabożny gest krzyża, kiedy
autobus mija kościół? Manifestacja wiary?
Kilkakrotnie już miałam okazję obserwować takie sytuacje. Zawsze
wtedy nieuchronnie zaczynam się zastanawiać nad logiką ludzkiego
postępowania. Czy którakolwiek z osób tak się zachowujacych,
kiedykolwiek zastanowiła się nad tym, co robi? Na widok kościoła,
sumienie przypomina chłopakowi czy dziewczynie, że jest wiernym
wyznawcą Boga, żyjącym zgodnie z jego naukami, ale to samo sumienie
śpi spokojnie, kiedy obok człowiek o kulach, wytęrza wszystkie
siły, żeby w trzęsącym się autobusie ustać na nogach. Już Krasicki
zwrócił na podobną rzecz uwagę, pisząc utwór "Dewotka"
"Dewotce służebnica w czymsiś przewiniła
Właśnie natenczas, kiedy pacierze kończyła.
Obróciwszy się przeto z gniewem do dziewczyny,
Mówiąc właśnie te słowa: ,,... i odpuść nam winy,
Jako my odpuszczamy" — biła bez litości.
Uchowaj, Panie Boże, takiej pobożności!"
Może i w czasach, pana Ignacego, dzisiejszych autobusów nie było,
ale analogia jakoś nasuwa się sama.
Ja tu może dodam tylko pytanie, czy to jest dewotyzm czy zwykła
bezmyślna głupota?
Psie pieniądze leżą na chodnikach
19 października 2006 (07:57:00)
kategoria: Antypsiarnia |
Jaki mamy pożytek ze Straży Miejskiej? Mamy świadomość, że jest.
Od razu czujemy się bezpieczniej ;). Z uporem maniaka zakłada nam
blokady na koła lub wkłada mandaty za wycieraczki. Nawet słusznie,
po to są zakazy i nakazy, żeby ich przestrzegać. Jestem za. Ale co
jeszcze robi Straż Miejska? Wierzę, że "coś" na pewno, tylko co?
Bo, że drogo kosztuje utrzymanie i że miasto boryka się z
problemami finansowymi, żeby tak szacowną instytucję utrzymać, w to
nikt nie wątpi. Tylko ja się pytam, czemu Straż Miejska gardzi
pieniędzmi, kiedy poślizgnie się na nich na chodniku? Może i
śmierdzące, ale w jak najbardziej dosłowny sposób, żadnych
przekrętów, a kasa mogłaby być pełna. Pewno na benzynę by starczyło
i nowy sprzęt...
Wiecie, do czego piję? Ano monotonnie, ja znowu o psich kupkach. Co
prawda nie orientuję się dokładnie w wysokości kar za
niesprzątniętą kupkę naszego pupila, ale coś tam mi świta o sumie
kilkuset złotych. Za brak kagańca i smyczy jest coś podobnego.
Zresztą niedopałków papierosów też kary dotyczą i w ogóle palenia w
miejscach publicznych.
No i co z tego? Co z tego, że pan minister pokrzykuje o
wprowadzeniu większych i surowszych kar, skoro nikt tego nie
zamierza egzekwować? Dlaczego Straż Miejska nie chce na siebie
zarobić? Dlaczego mimo wyraźnych zakazów ciągle brniemy w bagnie
psich odchodów i oparów nikotynowych? Czy wypisanie mandatu za
niesprzątniętą psią kupkę jest poniżej godności osoby do tego
upoważnionej? Nawet gdyby kara za niedopałki, za palenie, za kupkę
wynosiła tylko 10zł, to jak to sobie przemnożymy przez to wszystko,
co nas spotyka codziennie na ulicy, nie ma siły musimy dojść do
wniosku, że Strażnicy mogliby jeździć limuzynami, a i na pokaźne
wypłaty z pewnością by nie zabrakło.
Wyobraźmy sobie czyste chodniki, czyste powietrze na
przystankach... Przecież nie od dziś wiadomo, że najlepiej ludzi
mobilizują pieniądze. O ile gadaniem nic się nie zdziała, bo to jak
grochem o ścianę, o tyle mandatem prędzej ludzi porządku można
nauczyć. Prawda?
Szkoda, że tego złota leżącego na ulicy nikt nie chce zbierać.
Rozbestwiony naród, nie ma co...
Pieskie życie niepalących
17 października 2006 (17:34:42)
kategoria: Antypsiarnia |
"Palenie powoduje raka", "Palenie jest przyczyną chorób
płuc", "Palenie szkodzi tobie i osobom w twoim otoczeniu".
Brzmi znajomo? To wszystko znajduje się na opakowaniach papierosów.
Ja bym jeszcze od siebie dodała napisy:"Palenie wywołuje
gąbczaste zwyrodnienie mózgu" lub "Palenie powoduje suchoty
ekonomiczne portfela".
Nie mówie >>nie<<. Chcesz, to się truj, twoja sprawa.
Ale dlaczego musisz truć mnie?
Palacze nie widzą problemu. Palaczom się wydaje, że wdychanie dymu
z papierosa jest dla wszystkich równie przyjemne jak dla nich.
Tylko dlaczego jeden palacz, potrafi w czasie rzęsistego deszczu
wypłoszyć z budki na przystanku wszystkich innych czekających na
autobus? Takiemu się chyba wydaje, że stanie na deszczu to sama
przyjemność i inni czekający dla rozrywki wychodzą.
A spróbuj takiemu uwagę zwrócić, czy choćby zwyczajnie poprosić,
żeby nie palił. Reakcje są przeróżne, ale żadna nie jest przyjemna
dla niepalących. Od wzruszenia ramion i udawania, że nie słyszy (to
jeszcze spoko) do pokaźnej wiązanki poetycko-literackiej, której
tutaj przytaczać nie będę.
Ja osobiście raz tylko poprosiłam pewną panią o niepalenie. Była
burza i lał naprawdę rzęsisty deszcz. Na przystanku schowało się
sporo osób. Między innymi rodzinka: mama, babcia i dwoje 3-4letnich
dzieci. Pierwsza nie wytrzymała babcia:wyjęła papierosa i zaczęła
szukać zapalniczki. Siedziałam obok, a na zewnątrz było prawdziwe
urwanie chmury, więc poprosiłam grzecznie, czy mogłaby tu nie
palić, bo jestem w ciąży (co było widać) i nie chciałabym dziecku
zaszkodzić. Pani zrobiła dziwną minę, ale schowała papierosa.
Podziękowałam.
Po minucie papierosa wyjęła siedząca obok córka... Co widząc matka,
skomentowała głośno i niezwykle zjadliwie:"Nie pal tutaj, bo BABIE
śmierdzi!". Córka wzruszyła tylko ramionami, a od ewakuacji na
deszcz uratował mnie nadjeżdżający autobus, na który te panie
czekały.
Ja wiem, że obca baba ich nie obchodzi, ale truć własne, siedzące
obok dzieci? Tego nie rozumiem.
Z drugiej strony, jak sobie człowiek popatrzy na te wszystkie
przyszłe mamy palaczki, których nawet świadomość, że trują dziecko
w swoim brzuchu, od papierosów oderwać nie umie, to czemu ja się
dziwię, że "przystankowi palacze" tak kochają wędzić innych we
własnym dymie? Ta nikotyna to im chyba mózg przeżera, więc może
jednak słuszne byłoby umieszczenie w/w ostrzeżenia odnośnie mózgu
na opakowaniu, hę?
Sprostowanie do wpisu "Kaganiec dla psa..."
12 października 2006 (15:53:19)
kategoria: Antypsiarnia |
Chciałam sprostować nieco opis wydarzeń odnośnie psa na ścieżce. Otóż, ten pies nie stał na drodze, on się rzucił w stronę roweru i dopiero na głośny krzyk mężą się zatrzymał. Dalszy ciąg przygody zgadza się z opisem.
Kultura schodzi na "Psy"
12 października 2006 (15:43:06)
kategoria: Antypsiarnia |
Dzisiaj znów "pieski" temat, choć osobiście uważam, że cała
sprawa tylko psy obraża. Chodzi mianowicie o kulturę i stosunki
międzyludzkie. Dziś spotkała mnie bardzo niemiła przygoda. Niby nic
wielkiego, krzywdy przez to nie doznałam, ale mimo wszystko
przykre, bo świadczy o tym, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i
tzw. "niewychowana młodzież" z powietrza się nie bierze, tylko my
sami tak ją wychowujemy. O co chodzi?
Zaczął się właśnie dziewiąty miesiąc mojej ciąży i nie można tego
nie zauważyć. Jestem okrągła jak kluska, człapię powoli, plecy mnie
bolą, nogi spuchnięte itd. Kto przez to przeszedł, wie jak to
wygląda. Chodzi mi o to, że chyba tylko dzieci w wieku
przedszkolnym mogą pomylić tak zaawansowaną ciążę z otyłością.
Ale do rzeczy. Jadę sobie autobusem, normalne że trochę napchanym,
ale jeszcze umiarkowanie. Stoję sobie spokojnie, z mojej prawej
strony stoi pani: szczupła, zadbana, na oko 45letnia. W pewnym
momencie z mojej lewej strony zrobiło się wolne miejsce, przy czym
pani, która wysiadała stała jeszcze przy siedzeniu, bo nie było jak
przejść. Nie przeszkadzało to jednak pani z prawej z głośnym
"przepraszam" przepchać się z trudem między mną i ludźmi za moimi
plecami, niemal tratując osobę wysiadającą, tylko po to, żeby mieć
pewność, że zdąrzy zająć zwolnione miejsce i przypadkiem kobieta w
ciąży jej nie ubiegnie:(.
I co tu powiedzieć? Najsmutniejsze jest to, że przez ostatnie
miesiące naoglądałam się podobnych sytuacji bardzo, bardzo
wiele.
Kilka dni wcześniej, jedyna osoba, która ustąpiła mi miejsca w
autobusie to blisko 70letnia staruszka, żadna z pań w młodszym
wieku jakoś nie uważała tego za stosowne. Głupio mi się zrobiło, bo
ciąża ciążą, ale to już przesada, żeby mi miejsca ustępowała ledwo
stojąca na nogach emerytka!
Z zebranych przeze mnie ostatnio obserwacji wynika, że do
ustąpienia miejsca w autobusie czy tramwaju poczuwają się głównie
panie po 60tce i dziewczęta do 20 roku życia, zwłaszcza te z
gimnazjum i podstawówki. Natomiast najwygodniej siedzi się paniom
między 20 a 50tką.
Gdyby ktoś zapytał, jak to jest z kulturą panów, to niestety. Panom
w każdym wieku siedzi się wygodnie, a najwygodniej tym około 30tki.
I nie mówię teraz tylko o ustępowaniu miejsca kobietom w ciąży, ale
ogólnie: osobom starszym, osobom o kulach itp.
I tak się zastanawiam, czy to faktycznie ta młodzież taka
niewychowana, czy może jednak przykład idzie z "góry"?
Kaganiec dla psa. A co to takiego?
07 października 2006 (11:49:34)
kategoria: Antypsiarnia |
Wczoraj sympatyczne psisko jednego z sąsiadów próbowało
dogłębnie zlustrować moje zakupy, kiedy rozładowywałam samochód po
powrocie z hipermarketu. Na szczęście jest to właśnie psisko
"sympatyczne". Gorzej, kiedy na ulicy czy klatce spotykasz się oko
w oko z pieskiem już nie tak miłym, żeby nie powiedzieć
wyglądającym groźnie, który nie dość, że ma w nosie nawoływania
swojego właściciela, to z jakiegoś powodu do ciebie także nie pała
sympatią. A tu ani smyczy, ani kagańca... Niedawno mąż, jadąc
rowerem, napotkał na swojej drodze przeszkodę w postaci dużego
rasowego psa, stojącego w poprzek ścieżki. Na prośbę o zabranie
psa, skierowaną do młodej właścicielki spacerującej obok,
dowiedział się... że to nie jej pies!. No cóż, w ogromnych
blokowiskach, takie coś pewno byłoby przyjęte na wiarę, ale pech
chce, że mieszkamy na maleńkim osiedlu, gdzie co najmniej z
widzenia wszyscy się znają, więc wypieranie się psa, z którym
codziennie chodzi się na spacery jest trochę bez sensu. Tak mi się
przynajmniej zdaje. Oczywiście, dziewczyna mogła mówić prawdę, pies
może być mamy, taty, brata, kuzyna z Ameryki, a nie JEJ. Fakt
jednak pozostaje faktem, że wyprowadzając go z domu bierze na
siebie za niego odpowiedzialność, czy jej się to podoba czy
nie.
Niestety, luzem i bez kagańca biega u nas więcej psów niż tych w
kagańcach i na smyczy. Zadziwiające, że kagańce zwykle mają
założone małe pieski, co nawet gdyby, to wielkiej krzywdy nie
zrobią. Ale te duże... wielka rzadkość. Hmmm, może właściciele po
prostu nie mają odwagi im tych kagańców założyć, bo sami się po
prostu swoich pupili boją? Tylko w takim razie... kto tu pełni rolę
psa a kto pana i kto tu właściwie kogo wyprowadza na spacer? :/
A na koniec "pytanie retoryczne". Od czego właściwie my mamy Straż
Miejską? Chyba tylko od mandatów za złe parkowanie...:(
Psia kupka: odsłona pierwsza
04 października 2006 (12:16:47)
kategoria: Antypsiarnia |
Znacie grę "w klasy"? Pewno w dzieciństwie każdy się w to
bawił na ulicy. No, prawie każdy. Dzisiejsze dzieciaki,
zafascynowane komputerami, mogą nie wiedzieć o czym mówię. To taka
zabawa polegająca na skakaniu po wymalowanych polach w odpowiedniej
kolejności... to tak z grubsza. Nie ma co się za bardzo wdawać w
szczegóły, bo nie o tym chcę mówić. Dążę raczej do wykazania, że
chodzenie dzisiaj po chodnikach, do złudzenia przypomina ową lekko
już zapomnianą rozrywkę. Tylko, że wyznacznikiem naszych skoków nie
są bynajmniej wymalowane białą kredą pola, a piękne, dorodne psie
kupki. I niechaj strzeże się ten, co niebacznie rozejrzy się na
boki, zamiast pilnie wypatrywać "min lądowych" pod stopami, bo
pozbyć się upiornej niespodzianki z podeszwy buta nie jest ani
łatwo ani przyjemnie.
Oczyma wyobraźni widzę, jak w umysłach i żołądkach psich
właścicieli, zaczyna narastać święte oburzenie. Ciśnienie krwi
wzrasta, piana pojawia się na ustach, a pięść rytmicznie zaczyna
uderzać o biurko...
Wydawać by się mogło, że skoro nie podobają mi się chodniki usiane
psimi odchodami, to wniosek stąd taki, że zwierząt nie lubię? Nic
bardziej błędnego. Nie mam jeszcze 30 lat, a przez moje życie
przewinęło się już naprawdę sporo zwierzaczków: od rybek, chomików,
szczurów, kanarków i papużek, po koty, fretki i (nie do uwierzenia)
psy. Tak, tak, wychowałam się z psami i kotami. Zresztą większość
moich zwierzaków również wychowała się ze sobą wzajemnie. I cóż z
tego, powiecie?
Ano, to z tego, że o ile mi wiadomo, nikt nigdy nie wdepnął na
publicznym chodniku w kupkę mego psa czy kota. Nie do
wiary?
Wytłumaczenie jest proste. Kiedyś mieszkałam w domku
jednorodzinnym.
Już widzę uśmieszki satysfakcji na ustach zaciętych wrogów
czystości publicznych chodników. Tak to każdy może? Cóż,
rzecz w tym, że mieszkając od paru lat w bloku i trzymając w domu
tchórzofretkę, też jakoś nie zdarzyło się, żeby ktoś miał
przyjemność wdepnąć w jej kupkę. I myli się ten, co powie, że
tchórzofretek nie wyprowadza się na spacery. Otórz, wyprowadza się,
wyprowadza. Fretki bardzo lubią spacerki. I jak każdemu innemu
zwierzęciu zdarzają się im potrzeby fizjologiczne. Ale czy to
znaczy, że moi sąsiedzi mają z tego powodu mieć brudne buty? Nie
no, kochani, chyba spaliłabym się ze wstydu, gdyby moja fretka
zrobiła kupkę na samym środku chodnika i ktoś by w nią wdepnął. A
tak niewiele trzeba, żeby tego uniknąć. To prostsze niż się wydaje.
Wychodząc z domu, weźcie z sobą...woreczek foliowy, albo kawałek
gazety, może być nawet łopatka. To naprawdę nie wymaga wiele
wysiłku, jeden skłon i po kłopocie. Proste prawda? I wbrew pozorom,
nie uwłacza niczyjej godności. A jeśli mimo to, duma nie pozwala
właścicielowi psa ugiąć karku, to może powinien jednak pomyśleć o
hodowli złotej rybki lub kotka? Tylko niech pamięta, że i złota
rybka chce mieć czystą wodę w akwarium, a nie sprzątana kocia
kuweta też raczej nie nęci nikogo swoim aromatycznym
zapachem...Tylko że, nie wiedzieć czemu, to co jest oczywiste w
czterech ścianach naszego mieszkania, ni jak nie przenosi się poza
jego drzwi wejściowe...